„Nieprzyjaciel namierzony”
Bóg mając Anioły, stworzył nas i pokochał bardziej od nich. Jeśli jego następne dzieło ma być gorsze od ludzi, to obawiam się, że wszyscy pojmiemy, co czuły Anioły Upadając.
Harry skinął głową i postawił przed nią tekturowych kubek mrożonej latte.
- Super - rzuciła z westchnienie, wpatrujac się w imponujące porsche Carrera. Intensywny blask słońca odbijał się od maski niczym płynny onyks. - Nieczęsto można tutaj zobaczyć takie auta.
Racja, idę o zakład, pomyślał Harry, usiłując sobie przypomnieć, gdzie się właściwie znajduje. Cattle Chute w Oklahomie czy jakieś inne koszmarne miejsce. „Tu spotkasz prawdziwych kowbojów!” - głosiła podziurawiona kulami tablica na peryferiach miasteczka.
- Trzeci dystrybutor - powiedział głośno.
Dziewczyna posłała mu uwodzicielski uśmiech i zamrugała rzęsami , podliczając benzynę i kawę.
- Więc jesteś tutaj nowy? - spytała z nadzieją. Na plastikowej wywieszce widniało imię Vicky. Była niemal tego samego wzrostu co on, czyli nie taka znowu wysoka - Harry miał metr siedemdziesiąt osiem - a jej potraktowane prostownicą włosy były tak równe, że można by nimi przeciąć papier.
Praca w weekendy, pomyślał, wyciągając portfel. Na oko szesnaście lat. Zapewne chodzi do tego kobylastego liceum, które minąłem na peryferiach.
Ta myśl zirytowała go i zarazem rozbawiła. Liceum widział jedynie w telewizji: chłopaki w bluzach z numerami na plecach, skaczące po boisku cheerleaderki, przytulone pary na balu maturalnym. Zupełne inny świat, tak idiotycznie niewinny, że aż przerażający. Uczniowie szkół średnich byli dostatecznie dorośli, żeby walczyć, ale żaden z nich tego nie robił.
Mało kto bowiem wiedział, że toczy się wojna.
- Nie, jestem tylko przejazdem - odrzekł, wręczając dziewczynie kilka dwudziestek.
Na twarzy Vicky odbiło się rozczarowanie.
- Och... Zastanawiałam się właśnie, czy bedziesz chodzić do naszej szkoły... choć przypuszczać, że jesteś na to trochę za stary. Ile masz lat - dwadzieścia, dwadzieścia jeden?
- Mniej więcej - odparł z szerokim uśmiechem. Naprawdę ial siedemnaście lat, lecz dziewczyna w pewnym sensie się nie pomyliła. Biorąc pod uwagę wszystkie liczące się aspekty, był stary.
- Jak długo tu zostaniesz? - zapytała, z ociaganiem odliczając mu resztę. - No bo wiesz, jeśli szukasz jakichś rozrywek albo kogoś, kto cie oprowadzi po okolicy...
Z kieszeni dżinsów dobiegło popiskiwanie - to jego komórka anonsowała przyjście esemesa. Serce Harrego podskoczyło. Zwrócony bokiem do kontuaru, wyjął telefon.
Nieprzyjaciel namierzony, Aspen, Kolorado.
1124 Tyler ST.
Tak! Natychmiast poczuł, że ogarnia go gwałtowne podniecenie, jak zawsze, gdy udawała się lokalizacja. Chryste, nareszcie, minął już ponad tydzień, powoli zaczął wariowac. Włożył komórkę z powrotem do kieszeni i uśmiechnął się do Vicky. Właściwie czemu nie? I tak nigdy więcej jej nie zobaczy.
- Może następnym razem - powiedział, zagarniając drobne i kubek z kawą. - Ale dzięki za propozycję.
- Nie ma sprawy - odrzekła, starając się odwzajemnić uśmiech. - Szczęśliwej podróży - dodała.
Harry pchnął wahadłowe drzwi, a wówczas w miejsce ustawionej na zbyt niska temperaturę klimatyzacji wionęło mu w twarz gorące wrześniowe powietrze. Wsunął się za kierownicę porsche. Półsportowy wóz był bardzo nisko zawieszony; czarny skórzany fotel przyjął go w swoje miękkie objęcia. Auto było niesamowicie wygodne, i słusznie, bo Harry niemal w nim mieszkał. „Aspen CO”, wstukał w GPS. Szacunkowy czas przyjazdu - druga czterdzieści siedem nad ranem. Prawie dziesięć godzin. Będę jechał bez zatrzymywania się, postanowił, upijając łyk kawy. Nie potrzebował snu - do diabła, w końcu od ostatniego polowania niemal wyłącznie odpoczywał.
Wyjechał szybko z parkingu i skręcił na autostradę 83, kierując się na północ. Za sobą zostawił miasteczko: kilkanaście uliczek, przy których stały oszalowane deskami domy, i parę długich, jasno oświetlonych ciągów spacerowych ze sklepami , gdzie miejscowa młodzież krążyła zapewnie w sobotnie wieczory, popijając niskoprocentowego budweisera i pokrzykujac do siebie. Tuż za jego granicami to wszystko raptownie się skończyło , ustępując miejsca kurzowi, silosom zbożowym i maszynom wiertniczym. Harry ustawił stałą prędkość sto dziesięć kilometrów na godzinę i włączył radi. Zespół The Eagles zawodził o hotelu Kalifornia, na co Harry skrzywił się i przerzucił na swojego iPoda. Na chybił trafił wybrał cos z neoklasyki i rozluźnił się , a porsche gładko łykało kolejne kilometry.
Przemknelo mu przez myśl, co też pomyślałaby sobie Vicky na widok półautomatycznego karabinu w jego bagażniku.
___________________________________________________________________________________
Hej! To dopiero pierwszy rozdział. Narazie może wydawać się nudny ale to jest tylko wprowadzenie. Mam nadzieje że się spodoba. Zapraszamy do komentowania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz